środa, 14 czerwca 2017

Wonder Woman - siła w postaci kobiety


Jeżeli myślicie, że ostatnimi czasy żadna notka się nie pojawia, bo przyrosłam do kinowego fotela, to nie jesteście w błędzie (tak naprawdę, ktoś wylał na mnie pomyje w postaci sesji, dlatego też mam ogromny poślizg jeśli chodzi o pisanie). Co prawda, najpierw powinnam wspomnieć o The Circle i Piratach z Karaibów, ale zacznę od końca, czyli ostatniej nowości - Wonder Woman.

Tej postaci chyba również nie muszę nikomu przedstawiać. Waleczna Amazonka (stworzona przez psychologa :D) o kruczoczarnych włosach jest zapewne jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci w universum DC Comics, jak też chyba jedną z moich ulubienic, chociaż początkowo moje serce należało do (niespodzianka!) Harley Quinn. Jednak przyznam się szczerze, że filmy ze znakiem DC są znacznie słabsze niż te Marvela - z wyjątkiem Batmana. Nie muszę tu chyba nawet wspominać o fatalnym Suicide Squad - którego promo trwało chyba z pół roku i spodziewałam się petardy, a dostałam co najwyżej zimne ognie.
Jednak sukces Wonder Woman jest niewątpliwy - kolejny film w tym roku, który rozwalił Box Office (w takim tempie ten rok przejdzie do historii pod względem zarobków, mamy przecież dopiero czerwiec), czego skutkiem było podpisanie przez Gal Gadot kontraktu na 2 część.

A no właśnie. Nigdy się nie zastanawiałam, kto by mógł zagrać Dianę, ale muszę przyznać, że Gal spisała się świetnie i pokazała na co ją stać, mimo bycia w piątym miesiącu ciąży (silna kobieta, co nie). Oczywiście nie można odmówić solidnego przygotowania również innym paniom. Sceny walk, specyficzne spowolnienia przedstawiły kobiety jako silne, niezależne osobniki potrafiące zadbać o siebie i innych. Być może miał na to wpływ fakt, że reżyserię powierzono Patty Jenkins, która zapewne miała swoją osobistą wizję dotyczącą całej historii.
Żeby nie było tak monotematycznie i smutno, panowie też mają tam swoje pięć minut. Wprowadzenie męskiej postaci - Stevena Trevora do dotychczas spokojnego życia Wonder Woman skutkuje zabawnymi komentarzami i uwagami, a także niedomówieniami, które mogą się spodobać damskiej części publiczności (uwaga! drogie Panie, scena na łódce - załapiecie o co chodzi :)). Reszta panów jest dość specyficzna, a ilekroć na ekranie pojawiał się David Thewlis, od razu włączało mi się ‚Hej, profesorze Lupin!’

Niemniej jednak komizm sytuacji przeplata się ze smutkiem i cierpieniem będącym wynikiem I wojny światowej. Wraz z Dianą i Stevem podążamy ścieżką okrucieństwa i stajemy się świadkami jak jedna kobieta zostaje bohaterką uciśnionych. Mimo że początkowo córka Hippolity nie potrafi się za bardzo odnaleźć w nowym miejscu, doskonale wie, co jest jej obowiązkiem, co powinna zrobić i mocno stosuje się do swoich własnych zasad. W efekcie udaje się jej pokonać złoczyńcę, ale zanim następuje apogeum rozwścieczenia, to najpierw musi być bodziec (uwaga! kto oglądał Kapitana Amerykę: Pierwsze Starcie powinien zrozumieć moje nawiązanie).

Ogólnie nie mam się do czego przyczepić. Scenografia świetna, muzyka też. Trzeba tu podkreślić, że tak dobrego filmu z pod znaku DC dawno nie było. Patty Jenkins zafundowała nam film złożony w hołdzie dla kobiet. Brakowało nam w kinie takiej silnej superbohaterki, więc w końcu się doczekałyśmy. Wonder Woman posiada wszystkie cechy jakie zapewne posiada większość z nas - siłę, lojalność, dobroć. Jaki z tego wniosek? Każda z nas może być superbohaterką :D


wtorek, 16 maja 2017

Strażnicy Galaktyki vol. 2 - Show time, assholes!


Na początku miesiąca, a dokładnie do 5 maja do kin trafiła druga część przeboju ze stajni Marvela - Strażnicy Galaktyki vol.2. Szczerze mówiąc, pierwszą część oglądałam niezbyt dokładnie, a na mojej liście ulubionych marvelowskich produkcji inne filmy znajdują się na wyższych pozycjach. Pomimo tego, iż filmowe adaptacje bardziej lub mniej trzymają się historii komiksowych, sequele nie zawsze są udane. Jednak w przypadku Strażników całkiem wysoka ocena na Rotten Tomatoes jest jak najbardziej zasłużona. Promocja filmu była głośna, jak to u Marvela i w efekcie galaktyczni przyjaciele uplasowali się na 1. Miejscu w Box Office z kwotą 65 mln $ Myślałam, że ‚Piękna i Bestia’ zarobiła dużo, patrząc na ogólny wynoszący ponad 1 mld $ przychód, ale czuję, że Strażnicy wkroczą do grupy tegorocznych filmów z podobnymi zarobkami. Wiadomo. że Disney ma na chwilę obecną pieczę nad praktycznie samymi większymi firmami typu Lucas Film czy właśnie Marvel, a więc pieniądze z produkcji wypuszczanych w tym roku wpływaj do kasy tego giganta.
Jakie są więc plusy, a co nie zagrało?


Przyznaję, że najbardziej czekałam na Baby Groota (moja miłość do tego małego, słodkiego stworka jest tak wielka, że przy rozwiązywaniu testu ‚ile jest w Tobie % Baby Groota wyszło mi 100% :)). Oczywiście, znalazły się osoby, które narzekały, że jest go za dużo. Twórcy wiedzieli jednak, że to doskonały chwyt marketingowy i wciskali go, gdzie się da, czyniąc z niego nieoficjalną maskotkę filmu. Z resztą bohaterów już całkiem dobrze się znamy: Rocket jest jak zwykle złośliwy i wykłóca się ze Star Lordem, Gamora próbuje załagodzić konflikty, a Drax bez przerwy śmieszkuje. Dowiadujemy się, że Yondu i Nebula mają serce i nie są do końca bezwzględnymi złoczyńcami. Galaxia i jej złota świta jakoś mnie irytują, a cała ich „złotość” i przepych, które były celowe, za bardzo raziły mnie po oczach. Za to postać Mantis również jest urocza, może trochę infantylna, ale budzi w widzu raczej pozytywne odczucia, czego nie można niestety powiedzieć o Ego - ojcu Petera.
Tutaj zgrabnie możemy przejść do clou będącego podstawą historii. Jest to wątek biograficzny. Ukazuje on relacje bohaterów ze swoimi krewnymi, a także relacje między samymi Strażnikami. Nie brakuje tu rodzinnych dramatów, zawodu czy też rozterek natury moralnej. Film momentami chwyta za serce, wzrusza i wywołuje współczucie. Pokazuje, jak ważne w relacjach są lojalność i zaufanie i to w stosunku do osób, które nie zawsze są z nami związane więzami krwi. Rodziną może być każdy kto na to zasłuży, nawet jeśli nie ma z nami wspólnych genów. Chodzi tu raczej o zrozumienie i chęć niesienia pomocy,  gdy tego potrzebujemy. Tak jak Peter, możemy się zawieść na rodzicach czy uzyskać pomoc od siostry, która na pierwszy rzut oka nas nienawidzi. Fajne jest to, że marvelowskie filmy poruszają tak istotne rzeczy jak relacje międzyludzkie. 

Mimo chwil powagi nie brakuje w nim oczywiście wątków humorystycznych (jazda na kwasie wygrała konkurs na najlepszy moment - gdy obejrzycie, będziecie wiedzieli, o co mi chodzi :)). Bohaterowie nas nie zawiedli, chociaż czasem miałam wrażenie, że żartów jest za dużo i nie zawsze są trafione. Nie razi to jednak na tyle, by uznać to za zbyt wielki minus. Za to plusem jest gościnny występ Davida Hasselhoffa, będący powiedzmy sobie szczerze śmiesznym dodatkiem co całej historii.
Scenografia jak zwykle została zrealizowana na wysokim, prawdziwie galaktycznym poziomie. Nie brakuje operowania kolorem, błysków i szybkości, co sprawia, że film nie jest nudny. Charakterystyka jest rewelacyjna (to właśnie dzięki niej nie zorientowałam się, że w postać Nebuli wciela się Karen Gillan - Amy z Dr Who, będziemy mogli ją także zobaczyć w nadchodzącym ‚The Circle. Krąg’ z Emmą Watson i Tomem Hanksem).

Fani pierwszej części doskonale wiedzą, jak wielką miłością Star Lord darzy swojego walkmana, a co za tym idzie - muzyka w drugiej części ‚Strażników’ musi jak zwykle oddawać klimat filmu i robi to bez dwóch zdań znakomicie (uważam, że te soundtracki są najbardziej warte zakupu, szczególnie jeśli ktoś lubi starszą muzykę).

Jestem mile zaskoczona, ponieważ sądziłam, że film będzie trochę przereklamowany. Nie wierzyłam, że Sylvester Stallone faktycznie się pojawi, więc to także była miła niespodzianka W tej produkcji mamy wiele różnorakich elementów: humor, zabawę, smutek, ważne wartości, dużo akcji, a także słodkości w postaci małego Groota. Do samego filmu nie mam większych zastrzeżeń, bo choć mój studencki portfel płacze (serio wszystkie filmy podskoczyły w górę z cenami i to w 2D, czy tylko te będące na topie?), to nie żałuję wydanych pieniędzy. Z miłą chęcią obejrzałabym go ponownie. Mogę go szczerze polecić tym, którzy jeszcze nie mieli okazji go zobaczyć. Moim zdaniem powinniście być zadowoleni. 



niedziela, 16 kwietnia 2017

► Jaki jest powód? [13 Reasons Why]


Trzynaście powodów. Thirteen Reasons Why. Trzynaście Reasons Why. Tak, właśnie ta ostatnia forma, chociaż jest miksem językowym, jest przeze mnie najczęściej używana. Właśnie dziś, mimo że mamy święta wielkanocne i powinien być to czas radosny, pełen odpoczynku, opowiem Wam o fenomenie ostatnich tygodni. Samobójczego wręcz. Dosłownie i w przenośni.


Serial został wykreowany przez Netflix, a jedną z producentek jest Selena Gomez. Już samo nazwisko spowodowało,  że mimo iż Gomez odrzuciła propozycję zagrania głównej roli, rzesze jej fanów czekały z niecierpliwością by zobaczyć, co też wyjdzie z tego projektu (nadmienię, że serial ma również innych producentów, ale nikt ich nie zna w odróżnieniu Seleny, więc było wiadomo, że wciągnięcie jej na listę współtwórców było równocześnie dobrym chwytem marketingowym.


Słowo o aktorach, którzy są nie mniej ważni. Dylan Minnette wcielający się w Claya Jensena miał już doświadczenia z aktorstwem (Chirurdzy,  Agenci TARCZY,  Nie oddychaj). Natomiast Katherine Langford, serialowa Hannah Baker, to debiutantka w  świecie filmowym. Jednak chylę przed nią czoła, gdyż jej interpretacja postaci była w 100% autentyczna (w tym momencie cieszę się, że Selena zrezygnowała…). Jako że Katherine jest (teraz już „była”) mało znana widzom łatwiej jest się z nią identyfikować jako z osobą przechodzącą różne trudności. Gdy oglądam  serial o trudnej tematyce, chcę widzieć „tą smutną dziewczynę”, która pozwala mi czuć swoje emocje, a nie „tego, który grał w filmie takim i owakim”. Jako widz skupiam się na odtwarzanej postaci, a nie samym aktorze, więc brak rozpoznawalności znów jest dużym plusem. Nie była to z pewnością łatwa rola, ale Katherine udowodniła, że dała radę. Mam nadzieję, że show biznes jej nie zniszczy, bo uważam, że Langford ma naprawdę duży potencjał i szkoda by było go zmarnować.
Reszta obsady grywała to tu, to tam, ale nie ulega wątpliwości, że wszyscy razem idealnie się uzupełniają i dzięki nim cała historia nabiera charakteru i spójności. Gratulacje dla dyrektora castingu za dobry wybór.

Sama tematyka serialu jest ciężka. Kto czytał bestseller Jaya Ashera, będący podstawą do powstania Netflixowskiej produkcji, ten wie, o czym tu piszę (książka już na mnie czeka, choć dużo wcześniej o niej słyszałam, to oczywiście jak zwykle kolejność znów ta sama, czyli film -> książka ;<). Opis przedstawia się następująco:
Hannah Baker, uczennica jednego z amerykańskich liceów popełniła samobójstwo. Przed śmiercią nagrała 13 taśm (podkreślam taśm, nie kaset, bo samych kaset było 7), na których podaje 13 powodów swojej decyzji. Nagrania lądują na ganku jednego z jej kolegów – Claya Jensena. Jeśli chłopak ich wysłucha, dowie się, dlaczego Hannah umieściła go na swojej liście.

Książka nie jest bardzo obszerna, jej akcja (w odróżnieniu od serialu) toczy się, jeśli dobrze zrozumiałam,  w ciągu jednej nocy. Wydano ją w 2007r, więc można było podejrzewać, że taki bestseller doczeka się adaptacji  w wersji kinowej. Dlaczego więc postawiono na serial telewizyjny?
Odpowiedź jest prosta. „13 Reasons Why” to nie jest tylko kilka zdać opisujących jeden powód. Film nie byłby w stanie pokazać tak szczegółowo, o co chodziło głównej bohaterce. Serial natomiast, dzięki każdemu odcinkowi z osobna, skupia się nie tylko na problemach samej Hannah’y, ale także tych, które są przeżywane przez jej rówieśników, a także pokazuje jak radzą sobie z jej śmiercią.

Ogólnie wydawać się może, że serial jest nudny, a postawa głównej bohaterki nie do końca jasna dla widza. „Przecież ja bym to zrobił tak i tak” i tym podobne komentarze mogą się pojawić pod adresem Hannah’y Baker (przyznaję, sama tak to komentowałam).
Wydaje nam się, że my wiedzielibyśmy co zrobić, ale prawdą jest, że nikt do końca nie jest do końca pewny, jakby sobie poradził z jakąś ciężką sytuacją. Należy także pamiętać, że nie dla każdego „ciężka sytuacja” znaczy to samo. Jedna osoba będzie potrafiła podnieść się po porażce, a druga wszędzie będzie doszukiwać się nowych, będzie się tak długo w tym pogrążać, że może ją to wręcz doprowadzić do ostateczności. Dzisiejszy świat również nie jest dobrym partnerem w dzieleniu smutku czy innych emocji negatywnych. Mija dużo czasu zanim znajdziemy tą odpowiednią osobę, której będziemy mogli zaufać i szczerze opowiedzieć, co czujemy.
Najczęstszą odezwą jest stały tekst „będzie dobrze”. Występują też zdania w stylu „Inni mają gorzej”, „E tam, przesadzasz” czy też „Jesteś leniwy i tyle”. Sprawia to iż czujemy, że nie mamy społecznego przyzwolenia na to by czuć się źle, prosić o pomoc, czy co gorsza pójść do psychiatry, bo przecież „wymyślasz sobie sam te swoje problemy”. W efekcie przeżywamy swoje cierpienie w samotności, a samo środowisko reaguje dopiero, gdy ktoś przyłoży sobie pistolet do głowy lub nawet po samym fakcie. To także spotyka się z dezaprobatą społeczną i zamiast pytać o powody takiej dramatycznej decyzji jaką jest odebranie sobie życia, ludzie komentują „Przecież to nie jest rozwiązanie, to takie głupie i dziecinne” (oczywiście, nie wszyscy tak to określają). Owszem, nie jest to dobre rozwiązanie, ale zapewne dla tych, którzy nie rozumieją do końca cudzego cierpienia oraz tego, że nie każdy jest wystarczająco silny, dlatego nasza pomoc jest tak istotna.






„13 Reasons Why” jest serialem poruszającym wiele problemów nękających współczesną młodzież. Opowiada o tym jak wzajemnie wpływamy na siebie i swoje postępowanie. Miałam do czynienia z książkami, w których występował motyw śmierci, ale najczęściej z powodu choroby. Pozycji o samobójstwach, wydaje mi się, jest zdecydowanie mniej lub też po prostu ja za mało czytam. Serial jest jednak godny polecenia, dopracowany bardzo graficznie i dobitnie przedstawiający historię (zdecydowanie odradzam osobom, które są wrażliwe na np. sceny gwałtu). Głośna premiera także zrobiła swoje – pomogło to dotrzeć do szerszej publiczności, a także nagłośnić problem nękania i samobójstw.
Gdy będziecie robić listę seriali na wakacyjne miesiące, koniecznie wpiszcie go na swoją listę, ale nie popełniajcie mojego błędu i najpierw sięgnijcie po książkę.





piątek, 24 marca 2017

Piękna i (czy aby na pewno) Bestia



Dziś ruszam z recenzją filmu ‚Piękna i Bestia’. Długo przyszło mi czekać na premierę, bo prawie dwa lata (materiał został nagrany w 2015r. więc widać wyraźnie, że trochę czasu upłynęło). Na początku chciałam przyjąć bardziej sceptyczne nastawienie, aby za bardzo się nie rozczarować, ale z moimi wnioskami poczekajmy do końca.

Promocja tej produkcji ruszyła pełną parą. Na nową adaptację Kopciuszka (premiera - marzec 2016) również czekałam z niecierpliwością, jednak szumu było tutaj zdecydowanie mniej, mimo że ten film także jest zrobiony ‚na bogato (o tym napiszę w osobnym poście - wiem, bardzo o czasie :))  Na czym więc polega fenomen tegorocznej ‚Pięknej i Bestii?

Wszyscy, którzy znają klasyczną wersję animowaną, którą studio Walt Disney wypuściło w 1991r i byli (a być może ciągle są) nią oczarowani, mogli przyjąć dwie postawy: albo ucieszyli się, że ich ulubiona opowieść odżyje na nowo, albo też narzekali, że nowoczesność zniszczy urok ich ulubionej historii. Wydawać by się mogło, że możliwości współczesnego kina wraz ze swoimi sztuczkami komputerowymi przysłonią to, o co tak naprawdę chodzi. Nic bardziej mylnego. Wszystkie zabiegi wizualne sprawiają, że prawdopodobne będzie to najpięknieszy film roku.



Kolejną rzeczą, która wywołała hype jest bez wątpienia obsada. Emmy Watson raczej nie trzeba nikomu przedstawiać. Już sam fakt, że to właśnie ona wciela się w postać Belli sprawił, że fani będą ciekawi, jak sprawdzi się ona w tej roli. Do tego należy nadmienić, że partnerują jej znakomitości jak np. Kevin Klain, Emma Thompson, Ewan McGregor, Stanley Tucci czy Ian McCallen (pomimo że przez praktycznie ich nie widać, a słychać). Nie od dziś wiadomo, że znane nazwiska przyciągają uwagę. Oczywiście widzowie znów podzielą się na tych, którym postać Emmy będzie odpowiadać jako Piękna (m.in. mnie, pewnie raczej z osobistych pobudek). Natomiast szum wokół postaci Bestii zrobił się już po pierwszych zdjęciach promujących. Najpierw ludzie podobno czepiali się, że Bestia jest zbyt komputerowy i „nie taki jak powinien być”. Z kolei zaraz po premierze znów wysypały się newsy, że sam Bestia jest bardziej ‚hot’ niż sam Dan Stevens, który się w niego wciela. Na początku mi też jakoś zbytnio nie odpowiadał, ale po przemianie w Księcia przekonałam się do jego osoby.

Jak wcześniej wspomniałam, większość obsady nie występuje bezpośrednio w filmie, użyczają oni bowiem głosu służbie zamku zamienionej w przedmioty. Jednak, jak to zwykle bywa w animowanym produkcjach Disneya, głos jest nieodłączną częścią produkcji, ponieważ głos wiąże się ze śpiewaniem, a jak dobrze wiemy, w ‚Pięknej i Bestii’ nie brakuje muzyki. Aktorzy byli osobiście zaangażowani w nowe aranżacje piosenek i wyszło im to moim zdaniem super (pamiętajmy, że nie są to profesjonalni muzycy uczący się śpiewu od dziecka). Oczywiście, nie zabrakło narzekania, że Emma śpiewa słabo oraz że użyto audio-tune. Na jej obronę muszę powiedzieć, że w większości produkcji, o ile nie wszystkich, muzyka jest nagrywana wcześniej i zawsze jest trochę podrasowana. Niemniej jednak głos Emmy jest miły dla ucha i ja już jestem w nim zakochana :)
Szczególne wyrazy uznania ślę w stronę Ewana McGregora, ponieważ Lumier w jego wykonaniu jest po prostu genialny, a sam aktor miał już do czynienia z partiami wokalnymi przy okazji filmu Mulin Rouge. Byłam także miło zaskoczona, gdy dowiedziałam się. że głos Dana Stevensa nie był zbyt zmieniany komputerowo, a bestialski ton pochodził bezpośrednio od niego.




Co dalej z tym soundtrackiem?
Disney uraczył nas dwiema wersjami wydania muzycznego do filmu ‚Piękna i Bestia’. Wersja standardowa zawiera 18 piosenek i w naszych sklepach występuje w wersji polskiej. Wersja deluxe jest dwupłytowa - zawiera zarówno piosenki z filmu (w wersji angielskiej) jak i wersje demo utworów, a także score - muzykę instrumentalną. Jestem posiadaczką tej pierwszej, jakoś bardziej pasują mi te piosenki w oryginale (chyba, że oglądam wersję animowaną z dubbingiem, wtedy nie czepiam się niczego).
Na soundtracku nie mogło zabraknąć Celine Dion. Nie, nie umieścili tam odnowionej wersji ‚Beauty and the Beast’. To znaczy umieścili, ale tym razem jest to wersja wykonywana przez Arianę Grande i Johna Legenda. Nie mam nic do tych artystów, Ariany głos uwielbiam, ale jednak oryginalna piosenka w wykonaniu Celine miała w sobie więcej magii. Ale tutaj nawiążę do mojej wypowiedzi na początku: znane nazwiska napędzają promocję i tak stało się w tym przypadku. Teledysk wyświetlono już 40 mln razy, a temu się nie dziwię, bo to jeden z najpiękniejszych jaki ostatnio widziałam.
Wracając do Celine. Nowa piosenka nagrana specjalnie na potrzeby nowej ‚Pięknej i Bestii’ pt. ‚How does a moment last forever’ zdobyła moje serce od razu i bez wątpienia jest to moja ulubiona pozycja na soundtracku.




No dobrze. Było trochę o efektach, było o aktorach i o muzyce. A co ze scenografią, co z kostiumami? Tak jak mówiłam, film jest piękny. Mrok spowijający zamek Bestii jest kontrastem dla owianego ciepłymi barwami miasteczka. Bohaterowie także wyglądają realistycznie przez co naturalnie pasują do ogólnego wystroju komnat. Kostiumy natomiast były bez zwątpienia oparte na tych znanych z animacji, ale dokonano w nich zmian. Chociażby jedna z sukien Belli - wprowadzono element praktyczny - dziewczyna ma pod nią coś w rodzaju spodni, co umożliwia jej m. in. jazdę konną. Dodatkowo posiada także kieszonkę, w której można schować różne rzeczy. Stroje codzienne Belli są raczej niebieskie, przełamane bielą - czyli podobnie jak w oryginale. W końcu nadchodzi czas na gwóźdź programu - słynną żółtą suknię balową. Tutaj głosy także są podzielone. Jedni uważają, że nowa suknia jest zbyt prosta w porównaniu z tą z wersji animowanej, a inni są wręcz zachwyceni. Jak dla mnie wyszło tak jak wyjść powinno. W bajce jest ona bardzo strojna i bogata. Gdyby jednak odwzorować ją dokładnie tak samo, zniknąłby cały urok tej sceny. Dlaczego? To jest wieczór dla dwojga, więc nie ma potrzeby prześcigać się w tym, która z dam ma lepszą kreację. Poza tym, Bella to skromna dziewczyna, więc wydaje mi się. że ta sukienka bardziej odzwierciedla jej charakter. Dodatkowe podrasowanie tego elementu byłoby przesytem, jeżeli cała scenografia jest dopracowana w najmniejszym szczególe. Bardzo bogata sukienka mogłaby być „za ciężka” do sceny w sali balowej, w której chodzi o lekkość w tańcu i niepewne lecz kiełkujące uczucie. Tutaj wspomnę znów o Kopciuszku - klimat balu był zdecydowanie inny, ale  i tak miałam wrażenie, że jestem tym przygnieciona, czego na szczęście nie miałam przy tej żółtej sukni.

Podsumowując: albo się zakochacie albo będziecie na nie. Będą za tym przemawiać zarówno efekty, które mogą nie przypaść do gustu, albo też gra aktorka czy piosenki. Jeśli jednak mam polecić, to stanowczo wręcz namawiam, żeby wybrać się do kina i dopiero wtedy wyrobić sobie opinię. Bałam się, że przez ten cały szum i chyba z 15 spotów telewizyjnych (które mogą przynajmniej 70% filmu opowiedzieć) będzie to przerost formy nad treścią. Ale nie zawiodłam się. ‚Piękna i Bestia’ to zapewne film dla marzycieli, ale dla mnie jako Dziecka Disneya ma on osobiste, głębokie znaczenie. Warto czasem choć przez chwilę zatrzymać się by dostrzec to, czego nie widzimy w codziennym szarym życiu. Bo mimo że bajka to fikcja, nie oznacza to, że musimy być jak roboty uwięzione w świecie bez uczuć. Warto czasem spojrzeć na coś drugi raz, bo być może piękno jest właśnie głęboko ukryte.

(to się nazywa fanatyzm ;O)