piątek, 8 grudnia 2017

Popłyńmy statkiem po oceanie pełnym...


Ostatnio miałam przy sobie torbę ‚I ship bullshit’ i jedna z koleżanek spytała, o co chodzi. I wcale nie miała na myśli tego, że nie rozumie co jest na niej napisane. Właśnie wtedy narodziła się w mojej głowie idea, by tym razem powiedzieć co nieco na temat ‚shippingu’.

Geneza pojęcia sięga co najmniej kilku lat wstecz, a dokładnie serwisu internetowego Tumlbr, gdzie można reblogować posty oraz zdjęcia. Najbardziej prawdopodobna teoria, skąd wzięło się pojęcie „shippingu” jest związana z Titaniciem, a dokładniej ze stwierdzeniem „I’ll go down with this ship”



Ship w opisywanym przeze mnie zjawisku nie oznacza jednak statku, a rodzaj więzi emocjonalnej łączącej bohaterów fikcyjnych (chociaż może się to tyczyć także związków istniejących w realnym życiu). Oznacza to mniej więcej tyle, że gdy dana osoba wybierze sobie jakiś pairing, to będzie trwać przy nim do samego końca, nawet jeśli zakończenie dla jakiejś pary wcale nie jest takie jak się oczekiwało. Generalnie mówi się na te relacje - pairingi, ale ja mówię shipy, nie wiem czemu.
Ludzie twierdzą, że można mieć tylko jedno OTP - One True Pairing, ale ja nie mogę się jakoś zdecydować. Powiedziałabym, że Leyton, ale teraz chyba jednak Bellarke.
Dodatkowo od jakiegoś czasu widzę używanie wyrażenia „My OTP is endgame”, co w wielkim skrócie oznacza, że relacja danej pary jest ostatnim portem statku i że tak powinien zakończyć się film czy serial.
Shippowanie Jest niestety nieustannym powodem do kłótni  (Ship jest podobny do fandomów - czyli skupisk fanów danego artysty, które są zasilane przez ludzi z całego świata), gdyż czasem nie każdy potrafi zaakceptować inne zakończenie historii swojej ulubionej postaci. Należy jednak pamiętać, że nie zależnie od poglądów, powinniśmy się szanować.
WAŻNE: To, że widzimy coś między postaciami na ekranie, nie znaczy, że musimy to wpychać w prywatne życie aktorów! (choć można supportować związek istniejący w rzeczywistości, np. Liam Hemsworth i Miley Cyrus xDD)

Poniżej przedstawię shipy, nawet te które shippowałam nie wiedząc, co oznacza to słowo. Postaram się zrobić to w miarę chronologicznie, ale to będzie jeden z dłuższych, o ile nie najdłuższy post, także radzę obniżyć jasność ekranu.


1. Harry/Hermiona



Nazwa shipu: Harmony
Fandom: Harry Potter
Status: nie wyszło
ALE: autorka zgodziła się że tak powinno być

No cóż, byłam dzieckiem, gdy rozpoczęłam przygodę z twórczością J.K. Rowling, ale już wtedy byłam święcie przekonana, że Harry wcześniej czy później zorientuje się, że Hermiona jest jego soulmate. Mogę za to winić fanowskie opowiadania, czy nawet gazetę Bravo (która obstawiała Hermionę jako potencjalną kandydatkę Pottera). a także filmy, bo Steve Kloves chyba wyjątkowo lubił tą parę. Ta relacja jakoś zawsze bardzie do mnie przemawiała, ale w Księciu Półkrwi jakoś już się posypało (wcześniej Cho mi nie przeszkadzała, ale Ginny nie znoszę), co jednak było logiczne ze strony autorki.
Jednakże jakiś czas temu Rowling udzieliła wywiadu Emmie Watson (!), w którym wyznała, że gdyby miała tworzyć historię jeszcze raz, to Harry byłby z Hermioną, a jej związek z Ronem powstał pod wpływem impulsu.




2. Lizzie/Gordo


Nazwa: chyba nie ma
Fandom: Lizzie McGuire
Status: związek

Mimo, że nadawanie Lizzie miało miejsce w tym samym czasie co Harry Potter, to bohaterkę Disney Channel poznałam później, gdyż nie miałam tego kanału. Relacja Gordo i Lizzie była oczywista, a na pewno to, że Gordo się w niej podkochiwał. W którymś odcinku Kate wygadała o tym Lizzie, ale jakoś nic nie ruszyło. Zwrot akcji nastąpił w ostatnim epizodzie serialu i całe szczęście, że zrobili film pełometrażowy. Widać związki z przyjaciółmi mają szansę przetrwać.



3. Anakin/Padme


Nazwa: Aname (?)
Fandom: Star Wars
Status: śmierć jednego z bohaterów

Zaraz zjecie mnie żywcem xD Ale tak, Padme i Anakin byli moim shipem. Wiem, że on był niedobry, chciał ją zabić, a także uciął Luke’owi rękę, ale jego gniew zrodził się z miłości. W końcu Anakin złamał dla Padme jedną z zasad zakonu Jedi, co w sumie zakończyło się źle.




4. Lucas/Peyton


Nazwa: Leyton 
Fandom: One Tree Hill
Status: małżeństwo

Z racji tego, że jest to serial obyczajowy to jest to chyba moje OTP. Nie ma tu czarów, potworów czy kataklizmów. Chociaż relacja Peyton i Lucasa zaczęła się od złej strony, to też od początku wiedziałam, że oni będą razem. Bardzo żałuję, że Hilairie Burton i Chad Michael Murray odeszli po 6 sezonach, ale przynajmniej z happy endem. Chad poznał na planie swoją żonę Sophię Bush (która grała pierwszą dziewczynę Lucasa - Brooke), ale para szybko się rozstała, zarówno w serialu jak i prywatnie. Cóż na ekranie też tej chemii było moim zdaniem mniej. Ogólnie lubię też Naley czyli, Nathana i Haley Wszystkie pary są takie chciałam, więc uszanowanko :P




5. Cody/Bailey



Nazwa: Cailey
Fandom: Nie ma to jak statek/Disney
Status: związek

To chyba jedyna para z Disnya, którą shipowałam z takim wielkim zaangażowaniem. Cole i Debby po prostu mieli to coś, a ich przyjaźń prywatnie po tylu latach pozwala stwierdzić, że jednak relacja prywatna pozwala odegrać tą fikcyjną. Cailey schodziło się i rozchodziło, jak to bywa w Disneyu, ale ostatecznie wszystko skończyło się dobrze.




6. Stefan/Elena



Nazwa: Stelena
Fandom: The Vampire Diaries
Status: śmierć jednego z bohaterów
ALE gdyby Nina Dobrev nie odeszła z serialu, to Stelena byłaby endgame

Scenarzysta Kevin Williamson był chyba wielkim fanem Stefana i Eleny, tak przynajmniej twierdzą fani, bo gdy Stelena się skończyła, to kto inny zaczął pisać scenariusz. Nie chcę tutaj się wypowiadać na temat Deleny, po prostu to zawsze byli Stefan i Elena. Zawsze. Nawet gdy Stefan był rozpruwaczem, a więc był brzydki zły i niedobry, to i tak potrafił wrócić na właściwą drogę. Ostatni odcinek finałowego sezonu pokazuje jak bardzo Stelena była sercem tego serialu. Śmierć Stefana pozwoliła mi zaakceptować fakt, że on i Elena to nie jest endgame, ale ich pożegnanie było bardziej wzruszające niż moment, gdy pierwszy raz od lat Damon widzi Elenę. Nie muszę dodatkowo wspominać, że dużo postaci z serialu włącznie z Klausem, także ich shippowało.




7. Steve/Peggy



Nazwa: nie ma?
Fandom: Kapitan Ameryka/Marvel
Status: śmierć jednego z bohaterów

Kapitana Ameryki nie muszę nikomu przedstawiać. Jego domniemany związek z agentką Peggy Carter skończył się zanim się w ogóle zaczął, bo Steve był prawilny i postąpił tak jak postąpił. Ale nawet po 70 latach w lodzie i tego, że Peggy była już babcią widać było, że cierpiał z powodu tego, jak wszystko się potoczyło. Polecam obejrzeć serial Agentka Carter, gdzie został przedstawiony jej punkt widzenia (ten Howard to czasem nie ma taktu za grosz). Bez wątpienia najbardziej tragiczna relacja ze wszystkich.




8. Aria/Ezra


Nazwa: Ezra
Fandom: Pretty Little Liars 
Status: Małżeństwo

Nauczyciel i uczennica, kto by pomyślał. Po pierwsze, tutaj wkraczamy na teren zakazany, ale to wcale nie przeszkadza bohaterom w pogłębianiu swojego związku, chociaż społecznie nie jest on akceptowany. Jednakże, mimo wzlotów i upadków, Ezria powstawała z popiołów za każdym razem, co przywiodło ich do ołtarza, co mnie akurat nie dziwi. Występuje tu dość dziwny przypadek, bo akurat tutaj shippuje wszystkie pary z serialu oraz uważam, że zostały dobrane idealnie.




9. Fitz/Simmons


Nazwa: nie ma
Fandom: Agents od S.H.I.E.L.D./ Marvel
Status: Związek ?

Urocza para kujonków pracująca dla Tarczy ma pytajnik w statusie, ponieważ nie pamiętam jak skończył się 4 sezon (a nadchodzi nowy, o ile już go nie ma!), a Fitz miał pewne rozterki moralne, ale wydaje mi się, że wszystko między nimi w porządku. Ward i Daisy też byli fajni, chociaż tutaj to już były turbulencje totalnie.




10. Stiles/Lydia


Nazwa: Stydia
Fandom: Teen Wolf
Status: związek

Na związek Stilesa i Lydii twórcy Teen Wolf kazali długo czekać, bo aż 6 sezonów. Zauważmy jednak, że dogadywali się oni już dużo wcześniej, mimo że Lydia była z Jacksonem (po cichu też ich shippuje, to tak w ogóle można?!). Ale że fani strasznie naciskali, dostali w końcu to, czego chcieli. Strasznie tylko mi szkoda, że Alison zginęła, bo ją i Scotta także lubiłam.




11. Mike/Eleven


Nazwa: Meleven ?
Fandom: Stranger Things
Status: związek?

Nie bez przyczyny przy statusie postawiłam znak zapytania. W końcu Mike i Eleven to jeszcze dzieci! Owszem, ale jeżeli Finn Wolfhard i Millie Bobby Brown w wieku 13, 14 lat potrafią tak zagrać emocje, to wolę chyba nie wiedzieć, co będzie za 10 lat. Nigdy nie widziałam tak fenomenalnych dzieciaków.




12. Tate/Violet, Zoe/Kyle



Nazwa: Chyba nie ma
Fandom: American Horror Story
Status: T/V: zerwali, Z/K: związek

AHS jest serialem na zasadzie analogii, co znaczy, że każdy sezon skupia się na innej historii. Tak, wiem, Tate był psychopatą (chociaż ja bym go nazwała socjopatą) i był nie dobry itd, dlatego też nie będę się w to za bardzo zagłębiać. Wystarczą mi słowa Ryana Murphy’ego, że Evan Peters i Taissa Farmiga tak bardzo mu się spodobali, że musiał ich wciągnąć do współpracy raz jeszcze :)




13. Bellamy/Clarke


Nazwa: Bellarke
Fandom: The 100
Status: ?????

Tutaj to już w ogóle jest totalne combo. The 100 to ostatnie co połknęłam w 2 tygodnie, ponieważ Stranger Things też skończyłam szybko, a Netflix mi to proponował, poza tym widziałam albo mnóstwo Bellarke na Tumblr albo Lexy. Na początku pomyślałam „pff, znowu coś, nie będę na to patrzeć, bo wszyscy na to patrzą”. Jednak okazało się, że ci „wszyscy” chyba mieli rację. Serial tak bardzo przypadł mi do gustu, że poleciałam kupić książkę, która różni się jednak od telewizyjnej adaptacji i to nie tylko tym, że 20-kilkuletnie czy 30-letnie osoby grają 18-latków, bo to nic nowego. Co jednak uderzyło mnie najbardziej? Wymieniłam Wam powyżej 13 różnych pairingów, ale żaden, podkreślam żaden nie jest taki jak Bellarke. Wszystkie tamte relacje rozwijają się dość szybko (z wyjątkami gdzie ktoś zmarł albo coś nie wyszło) przy czym tracą tą iskrę i stają się oklepane, dlatego też fani wolą widzieć coś innego. Tutaj mamy sytuację zupełnie odwrotną. Na przyszyły rok planowana jest premiera 5 sezonu i do tej pory NIC się nie stało między nimi! ;o Ba, nawet w finałowym odcinku minęło magicznie 6 lat do przodu! Ale to co tam Bellamy wyczynia swoimi psimi oczami w stronę Clarke to jest, nie wiem, nie umiem tego nawet opisać. Ludzie mówią że to platoniczne i być może tak jest. Ale ja to kupuję w 100% i czekam na 5 sezon jak na szpilkach, bo przeciągać nieuniknione przez tyle czasu to skandal!



Pomyślicie „ok, ale o co w tym chodzi?”
  • Bycie aktorem nie jest na pewno prostą sprawą (chociaż zabawną, masz 30 parę lat i udajesz np wampira w serialu dla nastolatek) i ja nie wiem, czy dałabym radę tak od strzała przekazać obcej osobie tyle emocji
  • Oglądamy wiele filmów o tematyce romantycznej i stwierdzamy „no fajny, przyjemny film”, a także mamy do czynienia z innymi bohaterami czy parami
  • Ale ja mam tak, że włącza mi się tryb endgame oraz soulmate (pot. bratniej duszy) i wtedy na pierwszym planie istnieje dla mnie tylko jedna konkretna para (nie psuje mi to jednocześnie rozrywki oglądania całej akcji, nie przysłania mi to innych rzeczy tak całkowicie) - dlatego np. The 100 to dla mnie Bellamy i Clarke, a nie np Finn i Clarke
  • W pairingach i OTP chodzi głównie o wyrażanie emocji przez aktorów, nie ma to być „Kocham Cię” w odcinku 1x06, tylko stopniowe budowanie napięcia, coś co możesz zobaczyć i będzie to tak dobre, że aż zacznie wydawać Ci się prawdziwe (prawdziwe emocje, bo związek dalej jest fikcyjny!)
  • Myślę, że pomocnym jest jeśli aktorzy prywatnie też całkiem dobrze się ze sobą dogadują (w wielu powyższych przypadkach tak jest).
  • Być w związku z takim aktorem to przekichane, bo skąd masz pewność, że będąc z Tobą nie udaje, skoro potrafi to robić tak dobrze przy obcej osobie?
Fascynuje mnie w tym całym procesie twórczym jak z fikcji i osób, które mają tylko czyjś wygląd i głos, uczynić pełny obraz takich emocji. Dla przykładu podam cytat z The Vampire Diaries: „That kind of love never dies”. Niby nic, każdy z nas może sobie tak napisać, ale w połączeniu z odpowiednią ekspresją, scenerią mamy moment, który może nam złamać serduszko. Ale najważniejsze w tym wszystkim jest to, że nie ma takiej miłości. To nie jest realne ani naturalne. Nie umiemy zbytnio mówić o uczuciach, a gdy ktoś nam zaczyna walić cytatami jak z serialu, to stwierdzamy, że to pewnie cholerny Werter, który zaraz się zabije. 
Nie chodzi tu o to by wszyscy nasi znajomi co rusz powtarzali „Oni to muszą być mega zakochani”. Po prostu po jakimś czasie ta miłość blaknie, zostając zastąpiona przez przywiązanie. Ale to jest temat rzeka, a ja się w sumie nie znam, skoro podniecam się jakimiś serialami nie wiadomo skąd :)
Mimo wszystko uważam, że szukamy jakiejś fikcji i odskoczni, żeby chociaż przez chwilę poczuć, że coś takiego może istnieć - chociaż ciekawe jakby się ktoś poczuł jakby mu powiedzieć, że jest czyimś najlepszym wyborem?

Ale się rozpisałam ;o To może ja już pójdę zastanowić się nad moją magisterką albo jeszcze lepiej - życiem, którego nie mam.

P.S. Ogólnie śmieszy mnie, że większość tych pairingów zeszła się zgodnie z moimi przypuszczaniami (nawet tam, gdzie twórcy „przyznali”, że mogłoby się to tak potoczyć, jak ja obstawiałam). Szkoda, że mam nosa do fikcyjnych relacji, ale nie do tych rzeczywistych *LOL*






środa, 13 września 2017

Tulipanowa Gorączka - romans wśród cebulek kwiatowych

 Witam serdecznie. Skoro pojawia się nowy wpis, to możecie być pewni, że byłam w kinie. I choć drogę powrotną umilały mi strugi deszczu, to nie żałowałam. O czym mowa? Oczywiście o Tulipanowej Gorączce. Naczekałam się na to wręcz nieokreśloną ilość czasu i wręcz żałuję tylko, że przez ten czas nie wzięłam do rąk książki na podstawie której ten film powstał.

Justin Chadwick jest znany z takich filmów jak Mendela: Powrót do wolności czy Kochanice Króla (które swoją drogą również bardzo lubię). Niestety, film został bardzo nędznie oceniony przez użytkowników portalu Rotten Tomatoes i raczej wyłożone 25mln dolarów im się nie zwróci. 

Wiadomo, nie każdy musi wszystko lubić. Mnie jednak bardziej zastanawiało, dlaczego premiera była przekładana dwukrotnie, chociaż film w 2016r był już gotowy do wejścia na ekrany kin. Rok przyszło m czekać by zobaczyć go legalnie, a jedyną zasłyszaną przeze mnie teorią o opóźnieniu było to iż… Film jest zbyt kontrowersyjny, że sceny są zbyt śmiałe. Poważnie? Ludzie nazywają kawałek piersi i dwa jęki czymś śmiałym? Na policzek wkradł mi się rumieniec, ale nie czułam potrzeby odwracania wzroku, bo i po co? Ale ok, skoro przecież 50 Twarzy Greya się sprzedaje, to ja przeciętny Kowalski się przecież nie znam.

Trzeba tu zaznaczyć, że romans młodej mężatki z malarzem jest przystankiem początkowym w tej trasie wiodącej przez pożądanie i chęć wzbogacenia się na cebulkach tulipanów. Być może przemawia do mnie jakiś rodzaj chemii pomiędzy Alicią Vikander i Danem DeHaanem. Oddziałuje to na mnie i sprawia, że kupuję to w 100%. Zresztą mamy w obsadzie także Christopha Waltza czy Judi Dench, a to są aktorzy z najwyższej półki. Nawet Zach Galifianakis i Matthew Morrison się sprawdzili. Za to Cara Delavigne, choć sprawdzała się dość dobrze w innych produkcjach, tutaj była po prostu zapychaczem. Tak na marginesie, pamiętacie Lorda Becketta z Piratów z Karaibów? Tak, Tom Hollander też tam jest.


 Trzeba przyznać, że cała otoczka XVII-wiecznego Amsterdamu wyszła twórcom znakomicie. Wszystko wydaje się przemyślane i dokładne. Film jest utrzymany w chłodnej tonacji, co nadaje mu ciężkiego klimatu adekwatnie do rozterek bohaterów. Oczywiście, są również ujęcia w jasnych kolorach, ale jest ich raczej niewiele i odnoszą się raczej do sfery religijnej klasztoru. Jeśli już o kolorach mowa, warto wspomnieć o niebieskim, który szczególnie w pracach Jana odgrywa kluczową rolę, ale nic więcej nie mogę Wam zdradzić. Sam motyw malowideł i sztuki, czyli czegoś co raczej kojarzy nam się z pięknem, jest kontrastem dla dusznego i ciężkiego klimatu występującego w pozostałych scenach. Co prawda, mieliśmy już do czynienia z czymś trochę podobnym w Morderstwie Doskonałym, gdzie bohaterka grana przez Gwyneth Paltrow miała romans z malarzem. Jednak mimo przesłanek, Tulipanowa Gorączka funduje widzowi całkiem zaskakujące zakończenie.


Muzyka autorstwa Daniela Elfmana również się sprawdziła i przynajmniej według mnie na tyle, że po powrocie odpaliłam Spotify, ponieważ musiałam ją znaleźć :P Nic dziwnego, w końcu Elfman należy do grona najlepszych kompozytorów w Hollywood.

 Nie jest to jednak romansidło, gdzie możemy przewidzieć dwa podstawowe zakończenia historii. Ja będąc osobą nie znającą książki zupełnie nie spodziewałam się takiej końcówki. Tulipanowa Gorączka pokazuje do czego mogą doprowadzić własne nie wyjaśnione przez nikogo przypuszczenia, pogoń za bogactwem, żądza, pragnienie posiadania rodziny. Według tej produkcji czasem ktoś zawodzi nas, a czasem my sami popełniamy błąd, którego na początku tak nie postrzegamy. Dlatego też wtrące anegdotkę - należy uważać co się robi i z kim. Na początku czujemy się jakbyśmy znów byli młodzi i mogli wszystko, ale później zaczynamy rozumieć brak logiki naszego zachowania i dochodzi do nas, że krzywdzimy innych z własnych egoistycznych pobudek.


Nie byłabym sobą, gdybym nie wstawiła tu tego trailera od lat 18. Ocenę pozostawiam Wam. Dodam tylko jeszcze, że stałam się posiadaczką książki, na razie ją tylko przejrzałam, ale zapowiada się intensywnie. Intensywnie, to chyba dobre słowo.


środa, 19 lipca 2017

Spider-Man - Homcoming : młodzieńcze rozterki


Ten rok jest szalony, jeśli chodzi o zarobki. Co chwilę bowiem pojawia się jakaś perełka, która zarabia tysiące dolarów, a wszystkie starają się być wysoko na liście Box Office, chociaż przed nami jeszcze kilka miesięcy do końca roku.Dzisiaj przychodzę z kolejnym kasowym przebojem.

Kilka dni temu na ekrany kin trafiła kolejna odsłona Spider-Mana z podtytułem Homecoming (chwytliwe, czyż nie?). Tym razem z rolą człowieka-pająka musiał się uporać młody Tom Holland. Celowo użyłam słowa ‚młody’, ponieważ jest on najmłodszym aktorem wcielającym się w postać superbohatera (swoją drogą Tom ma 21 lat, a Peter Parker w Homecoming 15 - czy on nie był starszy, gdy ten zmutowany pająk go użarł?), a młodziutki wygląd Holland doskonale wpasowuje się w klimat filmu, który jest taki bardziej młodzieżowy. Odnoszę wrażenie, że poprzednie części były skierowane do trochę starszej publiczności, ale Marvel, jak na światowego giganta przystało, raczej zawsze stawia na swoim. Słusznie - film ten wniósł powiew świeżości i pewnie spodoba się jeszcze większej liczbie osób.


Jak zwykle przy kolejnej odsłonie przygód bohatera, który na dobre wrósł do świata popkultury i jest najpopularniejszą postacią komiksowego giganta, znów trzeba było podejść do tego z dystansem. Dalej będę się trzymać swojego zdania - trylogia z Tobeyem Maguirem jest kultowa i mam do niej wielki sentyment. Nie znaczy to jednak że Spider-Man Homecoming jest zły. Wręcz przeciwnie, jest bardzo dobry. Humor jest charakterystyczny, ale nie jest zbyt przytłaczający. Mamy do czynienia jak zwykle z efektownymi scenami pościgów, wybuchami i złoczyńcami, więc wszystko jest na swoim miejscu.

Dopełnieniem obrazu jest obecność Iron Mana. Można by uznać, że nie jest zbyt istotny, ale jest to błąd. Jest on wzorem dla Petera, kimś w rodzaju autorytetu. Poza tym, jak pamiętamy z Civil War, to właśnie Tony Stark był odpowiedzialny za ściągnięcie go na pole bitwy. Za to zapychaczem jest postać Michelle, grana przez Zendayę. Owszem, jej postać jest śmieszna, ale na chwilę obecną nic nie wnosi do całości, oprócz znanego nazwiska (chyba raczej imienia?).

Spider-Man: Homecoming jest opowieścią o rozterkach młodego chłopaka, który z ciamajdy i popychadła z problemami typowego nastolatka staje się ukrytym superbohaterem i stara się ocalić świat w pojedynkę, nie zawsze skutecznie. Z jednej strony działa z dobrych pobudek, a z drugiej jest przekonany o swojej nieomylności, bo przecież jest superbohaterem. Podejrzewam, że  ten mesjanizm został tutaj wpleciony celowo. Twórcy chcieli nam pokazać, że można się mylić, ale także zwyciężyć, jeśli uparcie będzie się obstawiać przy swoim. Pokazują, że stanie się bohaterem z dnia na dzień do prostych nie należy. Najistotniejszą chyba kwestią jest to, że siła drzemie w samym człowieku, nie zależnie czy posiada super moce czy też kostium z vibranium. Żeby coś znaczyć, najpierw trzeba spojrzeć w głąb samego siebie oraz uwierzyć we własne możliwości.

 

Tom Holland jest fanem Spider-Mana od dziecka i rola ta była zapewne dla niego dużym wyzwaniem. Widać jednak, że włożył w to dużo pracy i sprawdził się doskonale. Jego interpretacja postaci przypomina mi bohatera z kreskówki (ważnym elementem jest jego maska, dzięki której jego oczy są ruchome, co pozwala mu przekazywać wiele różnych emocji).
Realizacja jest fantastyczna, tak i ścieżka dźwiękowa, ale nie trzeba chyba nikogo do tego przekonywać. Mogłabym się przyczepić, że z serii na serię ciocia May młodnieje, ale skoro bohater również jest młodszy, wydaje się to logiczne. Jest to bez wątpienia obowiązkowa pozycja dla wszystkich fanów Spider-Mana, chociaż osoby, które nigdy nie miały styczności z tym bohaterem (są jeszcze takie?! :D) nie będą wiedziały jak Peter Parker nabył swoje niezwykłe zdolności.


Mam w planach w najbliższym czasie zrobić dla Was porównanie wszystkich dotychczasowych wersji filmu o przygodach Człowieka-Pająka. Wpadajcie więc na stronę i ustawcie przypomnienie.

A tymczasem do zobaczenia, idę zrobić sobie sieć syntetyczną.
Stay Sweet xoxo

środa, 14 czerwca 2017

Wonder Woman - siła w postaci kobiety


Jeżeli myślicie, że ostatnimi czasy żadna notka się nie pojawia, bo przyrosłam do kinowego fotela, to nie jesteście w błędzie (tak naprawdę, ktoś wylał na mnie pomyje w postaci sesji, dlatego też mam ogromny poślizg jeśli chodzi o pisanie). Co prawda, najpierw powinnam wspomnieć o The Circle i Piratach z Karaibów, ale zacznę od końca, czyli ostatniej nowości - Wonder Woman.

Tej postaci chyba również nie muszę nikomu przedstawiać. Waleczna Amazonka (stworzona przez psychologa :D) o kruczoczarnych włosach jest zapewne jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci w universum DC Comics, jak też chyba jedną z moich ulubienic, chociaż początkowo moje serce należało do (niespodzianka!) Harley Quinn. Jednak przyznam się szczerze, że filmy ze znakiem DC są znacznie słabsze niż te Marvela - z wyjątkiem Batmana. Nie muszę tu chyba nawet wspominać o fatalnym Suicide Squad - którego promo trwało chyba z pół roku i spodziewałam się petardy, a dostałam co najwyżej zimne ognie.
Jednak sukces Wonder Woman jest niewątpliwy - kolejny film w tym roku, który rozwalił Box Office (w takim tempie ten rok przejdzie do historii pod względem zarobków, mamy przecież dopiero czerwiec), czego skutkiem było podpisanie przez Gal Gadot kontraktu na 2 część.

A no właśnie. Nigdy się nie zastanawiałam, kto by mógł zagrać Dianę, ale muszę przyznać, że Gal spisała się świetnie i pokazała na co ją stać, mimo bycia w piątym miesiącu ciąży (silna kobieta, co nie). Oczywiście nie można odmówić solidnego przygotowania również innym paniom. Sceny walk, specyficzne spowolnienia przedstawiły kobiety jako silne, niezależne osobniki potrafiące zadbać o siebie i innych. Być może miał na to wpływ fakt, że reżyserię powierzono Patty Jenkins, która zapewne miała swoją osobistą wizję dotyczącą całej historii.
Żeby nie było tak monotematycznie i smutno, panowie też mają tam swoje pięć minut. Wprowadzenie męskiej postaci - Stevena Trevora do dotychczas spokojnego życia Wonder Woman skutkuje zabawnymi komentarzami i uwagami, a także niedomówieniami, które mogą się spodobać damskiej części publiczności (uwaga! drogie Panie, scena na łódce - załapiecie o co chodzi :)). Reszta panów jest dość specyficzna, a ilekroć na ekranie pojawiał się David Thewlis, od razu włączało mi się ‚Hej, profesorze Lupin!’

Niemniej jednak komizm sytuacji przeplata się ze smutkiem i cierpieniem będącym wynikiem I wojny światowej. Wraz z Dianą i Stevem podążamy ścieżką okrucieństwa i stajemy się świadkami jak jedna kobieta zostaje bohaterką uciśnionych. Mimo że początkowo córka Hippolity nie potrafi się za bardzo odnaleźć w nowym miejscu, doskonale wie, co jest jej obowiązkiem, co powinna zrobić i mocno stosuje się do swoich własnych zasad. W efekcie udaje się jej pokonać złoczyńcę, ale zanim następuje apogeum rozwścieczenia, to najpierw musi być bodziec (uwaga! kto oglądał Kapitana Amerykę: Pierwsze Starcie powinien zrozumieć moje nawiązanie).

Ogólnie nie mam się do czego przyczepić. Scenografia świetna, muzyka też. Trzeba tu podkreślić, że tak dobrego filmu z pod znaku DC dawno nie było. Patty Jenkins zafundowała nam film złożony w hołdzie dla kobiet. Brakowało nam w kinie takiej silnej superbohaterki, więc w końcu się doczekałyśmy. Wonder Woman posiada wszystkie cechy jakie zapewne posiada większość z nas - siłę, lojalność, dobroć. Jaki z tego wniosek? Każda z nas może być superbohaterką :D


wtorek, 16 maja 2017

Strażnicy Galaktyki vol. 2 - Show time, assholes!


Na początku miesiąca, a dokładnie do 5 maja do kin trafiła druga część przeboju ze stajni Marvela - Strażnicy Galaktyki vol.2. Szczerze mówiąc, pierwszą część oglądałam niezbyt dokładnie, a na mojej liście ulubionych marvelowskich produkcji inne filmy znajdują się na wyższych pozycjach. Pomimo tego, iż filmowe adaptacje bardziej lub mniej trzymają się historii komiksowych, sequele nie zawsze są udane. Jednak w przypadku Strażników całkiem wysoka ocena na Rotten Tomatoes jest jak najbardziej zasłużona. Promocja filmu była głośna, jak to u Marvela i w efekcie galaktyczni przyjaciele uplasowali się na 1. Miejscu w Box Office z kwotą 65 mln $ Myślałam, że ‚Piękna i Bestia’ zarobiła dużo, patrząc na ogólny wynoszący ponad 1 mld $ przychód, ale czuję, że Strażnicy wkroczą do grupy tegorocznych filmów z podobnymi zarobkami. Wiadomo. że Disney ma na chwilę obecną pieczę nad praktycznie samymi większymi firmami typu Lucas Film czy właśnie Marvel, a więc pieniądze z produkcji wypuszczanych w tym roku wpływaj do kasy tego giganta.
Jakie są więc plusy, a co nie zagrało?


Przyznaję, że najbardziej czekałam na Baby Groota (moja miłość do tego małego, słodkiego stworka jest tak wielka, że przy rozwiązywaniu testu ‚ile jest w Tobie % Baby Groota wyszło mi 100% :)). Oczywiście, znalazły się osoby, które narzekały, że jest go za dużo. Twórcy wiedzieli jednak, że to doskonały chwyt marketingowy i wciskali go, gdzie się da, czyniąc z niego nieoficjalną maskotkę filmu. Z resztą bohaterów już całkiem dobrze się znamy: Rocket jest jak zwykle złośliwy i wykłóca się ze Star Lordem, Gamora próbuje załagodzić konflikty, a Drax bez przerwy śmieszkuje. Dowiadujemy się, że Yondu i Nebula mają serce i nie są do końca bezwzględnymi złoczyńcami. Galaxia i jej złota świta jakoś mnie irytują, a cała ich „złotość” i przepych, które były celowe, za bardzo raziły mnie po oczach. Za to postać Mantis również jest urocza, może trochę infantylna, ale budzi w widzu raczej pozytywne odczucia, czego nie można niestety powiedzieć o Ego - ojcu Petera.
Tutaj zgrabnie możemy przejść do clou będącego podstawą historii. Jest to wątek biograficzny. Ukazuje on relacje bohaterów ze swoimi krewnymi, a także relacje między samymi Strażnikami. Nie brakuje tu rodzinnych dramatów, zawodu czy też rozterek natury moralnej. Film momentami chwyta za serce, wzrusza i wywołuje współczucie. Pokazuje, jak ważne w relacjach są lojalność i zaufanie i to w stosunku do osób, które nie zawsze są z nami związane więzami krwi. Rodziną może być każdy kto na to zasłuży, nawet jeśli nie ma z nami wspólnych genów. Chodzi tu raczej o zrozumienie i chęć niesienia pomocy,  gdy tego potrzebujemy. Tak jak Peter, możemy się zawieść na rodzicach czy uzyskać pomoc od siostry, która na pierwszy rzut oka nas nienawidzi. Fajne jest to, że marvelowskie filmy poruszają tak istotne rzeczy jak relacje międzyludzkie. 

Mimo chwil powagi nie brakuje w nim oczywiście wątków humorystycznych (jazda na kwasie wygrała konkurs na najlepszy moment - gdy obejrzycie, będziecie wiedzieli, o co mi chodzi :)). Bohaterowie nas nie zawiedli, chociaż czasem miałam wrażenie, że żartów jest za dużo i nie zawsze są trafione. Nie razi to jednak na tyle, by uznać to za zbyt wielki minus. Za to plusem jest gościnny występ Davida Hasselhoffa, będący powiedzmy sobie szczerze śmiesznym dodatkiem co całej historii.
Scenografia jak zwykle została zrealizowana na wysokim, prawdziwie galaktycznym poziomie. Nie brakuje operowania kolorem, błysków i szybkości, co sprawia, że film nie jest nudny. Charakterystyka jest rewelacyjna (to właśnie dzięki niej nie zorientowałam się, że w postać Nebuli wciela się Karen Gillan - Amy z Dr Who, będziemy mogli ją także zobaczyć w nadchodzącym ‚The Circle. Krąg’ z Emmą Watson i Tomem Hanksem).

Fani pierwszej części doskonale wiedzą, jak wielką miłością Star Lord darzy swojego walkmana, a co za tym idzie - muzyka w drugiej części ‚Strażników’ musi jak zwykle oddawać klimat filmu i robi to bez dwóch zdań znakomicie (uważam, że te soundtracki są najbardziej warte zakupu, szczególnie jeśli ktoś lubi starszą muzykę).

Jestem mile zaskoczona, ponieważ sądziłam, że film będzie trochę przereklamowany. Nie wierzyłam, że Sylvester Stallone faktycznie się pojawi, więc to także była miła niespodzianka W tej produkcji mamy wiele różnorakich elementów: humor, zabawę, smutek, ważne wartości, dużo akcji, a także słodkości w postaci małego Groota. Do samego filmu nie mam większych zastrzeżeń, bo choć mój studencki portfel płacze (serio wszystkie filmy podskoczyły w górę z cenami i to w 2D, czy tylko te będące na topie?), to nie żałuję wydanych pieniędzy. Z miłą chęcią obejrzałabym go ponownie. Mogę go szczerze polecić tym, którzy jeszcze nie mieli okazji go zobaczyć. Moim zdaniem powinniście być zadowoleni. 



niedziela, 16 kwietnia 2017

► Jaki jest powód? [13 Reasons Why]


Trzynaście powodów. Thirteen Reasons Why. Trzynaście Reasons Why. Tak, właśnie ta ostatnia forma, chociaż jest miksem językowym, jest przeze mnie najczęściej używana. Właśnie dziś, mimo że mamy święta wielkanocne i powinien być to czas radosny, pełen odpoczynku, opowiem Wam o fenomenie ostatnich tygodni. Samobójczego wręcz. Dosłownie i w przenośni.


Serial został wykreowany przez Netflix, a jedną z producentek jest Selena Gomez. Już samo nazwisko spowodowało,  że mimo iż Gomez odrzuciła propozycję zagrania głównej roli, rzesze jej fanów czekały z niecierpliwością by zobaczyć, co też wyjdzie z tego projektu (nadmienię, że serial ma również innych producentów, ale nikt ich nie zna w odróżnieniu Seleny, więc było wiadomo, że wciągnięcie jej na listę współtwórców było równocześnie dobrym chwytem marketingowym.


Słowo o aktorach, którzy są nie mniej ważni. Dylan Minnette wcielający się w Claya Jensena miał już doświadczenia z aktorstwem (Chirurdzy,  Agenci TARCZY,  Nie oddychaj). Natomiast Katherine Langford, serialowa Hannah Baker, to debiutantka w  świecie filmowym. Jednak chylę przed nią czoła, gdyż jej interpretacja postaci była w 100% autentyczna (w tym momencie cieszę się, że Selena zrezygnowała…). Jako że Katherine jest (teraz już „była”) mało znana widzom łatwiej jest się z nią identyfikować jako z osobą przechodzącą różne trudności. Gdy oglądam  serial o trudnej tematyce, chcę widzieć „tą smutną dziewczynę”, która pozwala mi czuć swoje emocje, a nie „tego, który grał w filmie takim i owakim”. Jako widz skupiam się na odtwarzanej postaci, a nie samym aktorze, więc brak rozpoznawalności znów jest dużym plusem. Nie była to z pewnością łatwa rola, ale Katherine udowodniła, że dała radę. Mam nadzieję, że show biznes jej nie zniszczy, bo uważam, że Langford ma naprawdę duży potencjał i szkoda by było go zmarnować.
Reszta obsady grywała to tu, to tam, ale nie ulega wątpliwości, że wszyscy razem idealnie się uzupełniają i dzięki nim cała historia nabiera charakteru i spójności. Gratulacje dla dyrektora castingu za dobry wybór.

Sama tematyka serialu jest ciężka. Kto czytał bestseller Jaya Ashera, będący podstawą do powstania Netflixowskiej produkcji, ten wie, o czym tu piszę (książka już na mnie czeka, choć dużo wcześniej o niej słyszałam, to oczywiście jak zwykle kolejność znów ta sama, czyli film -> książka ;<). Opis przedstawia się następująco:
Hannah Baker, uczennica jednego z amerykańskich liceów popełniła samobójstwo. Przed śmiercią nagrała 13 taśm (podkreślam taśm, nie kaset, bo samych kaset było 7), na których podaje 13 powodów swojej decyzji. Nagrania lądują na ganku jednego z jej kolegów – Claya Jensena. Jeśli chłopak ich wysłucha, dowie się, dlaczego Hannah umieściła go na swojej liście.

Książka nie jest bardzo obszerna, jej akcja (w odróżnieniu od serialu) toczy się, jeśli dobrze zrozumiałam,  w ciągu jednej nocy. Wydano ją w 2007r, więc można było podejrzewać, że taki bestseller doczeka się adaptacji  w wersji kinowej. Dlaczego więc postawiono na serial telewizyjny?
Odpowiedź jest prosta. „13 Reasons Why” to nie jest tylko kilka zdać opisujących jeden powód. Film nie byłby w stanie pokazać tak szczegółowo, o co chodziło głównej bohaterce. Serial natomiast, dzięki każdemu odcinkowi z osobna, skupia się nie tylko na problemach samej Hannah’y, ale także tych, które są przeżywane przez jej rówieśników, a także pokazuje jak radzą sobie z jej śmiercią.

Ogólnie wydawać się może, że serial jest nudny, a postawa głównej bohaterki nie do końca jasna dla widza. „Przecież ja bym to zrobił tak i tak” i tym podobne komentarze mogą się pojawić pod adresem Hannah’y Baker (przyznaję, sama tak to komentowałam).
Wydaje nam się, że my wiedzielibyśmy co zrobić, ale prawdą jest, że nikt do końca nie jest do końca pewny, jakby sobie poradził z jakąś ciężką sytuacją. Należy także pamiętać, że nie dla każdego „ciężka sytuacja” znaczy to samo. Jedna osoba będzie potrafiła podnieść się po porażce, a druga wszędzie będzie doszukiwać się nowych, będzie się tak długo w tym pogrążać, że może ją to wręcz doprowadzić do ostateczności. Dzisiejszy świat również nie jest dobrym partnerem w dzieleniu smutku czy innych emocji negatywnych. Mija dużo czasu zanim znajdziemy tą odpowiednią osobę, której będziemy mogli zaufać i szczerze opowiedzieć, co czujemy.
Najczęstszą odezwą jest stały tekst „będzie dobrze”. Występują też zdania w stylu „Inni mają gorzej”, „E tam, przesadzasz” czy też „Jesteś leniwy i tyle”. Sprawia to iż czujemy, że nie mamy społecznego przyzwolenia na to by czuć się źle, prosić o pomoc, czy co gorsza pójść do psychiatry, bo przecież „wymyślasz sobie sam te swoje problemy”. W efekcie przeżywamy swoje cierpienie w samotności, a samo środowisko reaguje dopiero, gdy ktoś przyłoży sobie pistolet do głowy lub nawet po samym fakcie. To także spotyka się z dezaprobatą społeczną i zamiast pytać o powody takiej dramatycznej decyzji jaką jest odebranie sobie życia, ludzie komentują „Przecież to nie jest rozwiązanie, to takie głupie i dziecinne” (oczywiście, nie wszyscy tak to określają). Owszem, nie jest to dobre rozwiązanie, ale zapewne dla tych, którzy nie rozumieją do końca cudzego cierpienia oraz tego, że nie każdy jest wystarczająco silny, dlatego nasza pomoc jest tak istotna.






„13 Reasons Why” jest serialem poruszającym wiele problemów nękających współczesną młodzież. Opowiada o tym jak wzajemnie wpływamy na siebie i swoje postępowanie. Miałam do czynienia z książkami, w których występował motyw śmierci, ale najczęściej z powodu choroby. Pozycji o samobójstwach, wydaje mi się, jest zdecydowanie mniej lub też po prostu ja za mało czytam. Serial jest jednak godny polecenia, dopracowany bardzo graficznie i dobitnie przedstawiający historię (zdecydowanie odradzam osobom, które są wrażliwe na np. sceny gwałtu). Głośna premiera także zrobiła swoje – pomogło to dotrzeć do szerszej publiczności, a także nagłośnić problem nękania i samobójstw.
Gdy będziecie robić listę seriali na wakacyjne miesiące, koniecznie wpiszcie go na swoją listę, ale nie popełniajcie mojego błędu i najpierw sięgnijcie po książkę.